-Tak mamo? - odpowiedziała Andy z entuzjazmem.
- Andy.. ten ptak...
- Mówisz o Uru? Fajne imię nadałam, co? I co z nim?
- Proszę, nie przerywaj mi. zdecydowaliśmy z tatą, że lepiej będzie jeśli oddamy go twojej starszej siostrze, ona lepiej zna się na ptakach.
- Ale..
- Tam będzie szczęśliwszy ten... no... jak tam go nazywasz?
- Uru
- No, właśnie, ten Uru będzie czuł się tam lepiej. Ona wie jak zaopiekować się każdym ptakiem w przeciwieństwie do nas.
- Może masz rację... Poza tym Wanessa ma w swoim mieszkanku wielką ptaszarnię. Ma tam cztery małe puszczyki, jednego puchacza ze złamanym skrzydłem, dziewięć wróbli, z czego każdy jakoś chory, starego bociana, który do Afryki polecieć nie może i ma nawet pingwina, który zachowuje się bardziej jak małe dziecko, bo jak przyszłam raz do niej, to stepował po całym domu plącząc się pod nogi i krzycząc coś po pingwiniemu. Ona tam ma małą legalną przychodnię dla ptaków, a przynajmniej tak mówi.
- No właśnie. A że akurat za miesiąc święta, to dasz go jej w prezencie.
- Ale jak go schowamy? Przecież za tydzień Wanessa przyjeżdża.
- Coś wykombinujemy. Ale obiecaj, że go jej oddasz.
- Przecież umówiłyśmy się, oddam go. Ale będzie mi trochę smutno..
- Nie martw się.
Mama przytuliła córkę.
Nagle usłyszały jakiś dźwięk.
"Uru", myśli sobie Andy.
"Kłopoty", myśli sobie mama.